Z wodą różaną, jabłkami i pokruszonymi suszonymi pączkami róż. Do tego kawa zaparzana z korzennymi przyprawami. Pachnąca radość o poranku.
czwartek, 12 maja 2016
środa, 13 stycznia 2016
CZAS NA BRANDY.
Stał na półce w pewnym interesującym pod względem ingrediencji markecie. Co skłoniło do jego kupna, szczerze mówiąc to nie wiem. Może przyjemne dla oka i dotyku opakowanie, może skład całkiem przyzwoity i pozbawiony obecnych wszędzie sztuczności. A może ostatnie pozytywne doświadczenia z alkoholami - perfumami, a dokładnie z ukraińskim koniakiem, który okazał się całkiem smaczny, w przeciwieństwie do wcześniejszych zdecydowanie nieudanych prób! Sos brandy - bohater dzisiejszego sernika. Konsystencja miła i gładka, gdzieś pomiędzy naszym budyniem, a kremem patisserie. Oprócz smaku nadaje serowej masie genialnej puszystości i ptasiomleczkowości. Spód z mąką z orzechów arachidowych jest cudownie aromatyczny i czasem coś przyjemnie chrupnie. Ten sernik zniknął wyjątkowo szybko.
Dużo dobrego w Nowym Roku!
SERNIK Z SOSEM BRANDY
C i a s t o:
1 szklanka mąki pszennej
0,5 szklanki mąki z orzechów atachidowych
4 czubate łyżki cukru
1 jajko
1 czubata łyżka śmietany
0,5 kostki margaryny
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
0,5 szklanki mąki z orzechów atachidowych
4 czubate łyżki cukru
1 jajko
1 czubata łyżka śmietany
0,5 kostki margaryny
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
M a s a s e r o w a:
750 g sera białego śmietankowego
300 g sosu brandy
90 g cukru
90 g masła
4 jajka
2 czubate łyżki golden syroup
1 łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli
C i a s t o. Składniki na ciasto zmiksować i wylepić nim tortownicę.
C i a s t o. Składniki na ciasto zmiksować i wylepić nim tortownicę.
M a s a s e r o w a. Tortownicę o średnicy 24 cm należy wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia. Mikserem utrzeć masło z cukrem i dodawać po jednym jajku cały czas miksując. Do masy dodać ser, dwie łyżki golden syroup, szczyptę soli i zmiksować na wolnych obrotach do połączenia się składników. Na koniec dodać sos brandy oraz łyżeczkę mąki ziemniaczanej i krótko miksować. Masę serową wylać do wylepionej ciastem tortownicy (którą wraz z naczynkiem wypełnionym gorącą wodą ustawić na blaszce do pieczenia ciastek) i piec w kąpieli wodnej, w temperaturze 160° - 170° C
przez ok 80 minut. Po upieczeniu pozostawić w piekarniku do wystudzenia, a następnie chłodzić w lodówce.
poniedziałek, 13 lipca 2015
BABECZKI.
Uwielbiam ten moment, kiedy znajduję w skrzynce listy i
maile na które bardzo czekam, których się nie spodziewam ale o których nieśmiało marzę. I tak pewnego wiosennego dnia znalazłam krótką wiadomość. Już
począwszy od tytułu pojawił się uśmiech na twarzy. W treści prawie
magiczne słowa. Tort weselny. Babeczki. Szybko przeszło do konkretów. Zostałam
obdarzona ogromnym zaufaniem i dostałam dużo swobody w kwestii
wykonania. Z Karoliną i Marcinem współpracowało się wspaniale. Zbuntował się tylko mikser, ale przyzwyczaiłam się do tego,
że sprzęty elektroniczne mnie nie lubią. Trudno. Najważniejsza jest
makutra - to bez niej nie będzie aksamitnego kremu. I najwspanialsi na świecie pomocnicy, bez nich nie poszłoby tak sprawnie. Dziękuję Wam!
I ta chwila, kiedy goście dobierają się do tortu. Trochę niepewności,
stres. Potem łyżka, widelec, odwijanie osłonki, pierwszy gryz. Kiedy pojawia się
uśmiech na twarzach mija całe zmęczenie, czuje się wtedy radość.
![]() |
| Z Panną Lilą, która pomagała i dokumentowała ;] |
Będzie tu jeszcze edycja, z relacji Panny Lili, trzeba tylko odzyskać stracone po formacie zdjęcie ;]
OKNO NA PODWÓRZE.
Tydzień nieobecności i wygrzewające się na słonecznym parapecie krzaczki przeobrażają małe białe kwiaty w czerwone, słodkie i aromatyczne owoce. Takie powroty lubię! Pierwsze większe zbiory w tym roku, a ilość kwiatów na ośmiu krzaczkach zwiastuje zbliżający się pyszny czas i... nowe poziomkowe eksperymenty.
sobota, 4 kwietnia 2015
MIĘDZY ŚWIĘTAMI.
Mijały miesiące, a wraz z nimi historie. Takie które się zaczynały, które się kończyły i które trwają nadal. Piękne i bolesne. Różne. Ale wszystkie będące częścią pewnej całości. Byli ludzie pełni smutku lub radości, podchodzący do życia z dystansem ale i z pełną akceptacją. Niezwykle fascynujący. Każdy moment, każde zdarzenie było potrzebne, niezależnie od tego, co niosło ze sobą. Bo wszystko jest częścią pewnej całości, nas samych. To, co nam się przydarza, może ma na celu sprawić, abyśmy stali się lepszymi ludźmi. Prawdziwymi. Z pewnymi rzeczami trudno się pogodzić, ale czy bez nich mielibyśmy szanse być tym, kim możemy być...?
Trochę melancholijnie, ale taki też był ten czas. Jadąc rowerem i czując na twarzy z jednej strony gorące słońce, a z drugiej mroźny wiatr myślałam o tym, jak wszystko jest zmienne i gwałtowne. Skrajności istnieją obok siebie tworząc jedność.
Trzeba znaleźć w sobie siłę, żeby nauczyć się akceptować to współistnienie, które jak mu się dokładniej przyjrzeć, jest naprawdę piękne. Niezwykle poruszające i potrafiące przywołać najszczerszy uśmiech.
Życzę Wam odwagi, dostrzegania piękna tam, gdzie trudno je znaleźć, a także umiejętności dzielenia się uczuciami w sposób zupełnie bezinteresowny. Często to najtrudniejsze, jest jednocześnie tym najważniejszym, najpiękniejszym i tym, co potrafi dać poczucie pełni.
Dominika
W DOLINIE TOPINAMBUROWYCH MUMINKÓW.
Jak oswoić topinambur? Magiczna prawie nazwa porusza wyobraźnię. Prowokuje, żeby się nim pobawić i stworzyć coś na przekór jego wyglądowi, konsystencji i podstawowego przeznaczenia. To, że pomyślałam o słodkim nie dziwi mnie w ogóle, ale skąd chałwa? Nie wiem, to było tak oczywiste, że nie było żadnego "ale", żadnej wątpliwości i najmniejszej nawet dyskusji. Całkowita pewność, to dziwne uczucie mówiące, że po prostu musi tam się znaleźć. Topinambur, chałwa i trochę kakao, głównie dla piękniejszego koloru, ale też świetnie uzupełniło smaki. Ciasto wyszło pulchne, wilgotne i miało w sobie to coś. Słodkie, ale nie za bardzo, o wielowarstwowym smaku, w sam raz do doszukiwania się poszczególnych składników w każdym następnym kęsie. I tych kęsów uzbierał się calutki las...
Uzależniające i trochę bajkowe.
CIASTO Z TOPINAMBUREM I CHAŁWĄ
S k ł a d n i k i:
400 g topinamburu oskrobanego i startego na średnich lub drobnych oczkach
150 g maki pszennej
100 g mąki graham typ 1850
150 ml oleju
130 g cukru
150 g chałwy
120 ml jogurtu z dodatkiem serka mascarpone lub jogurtu greckiego
3 jajka
1 łyżka kakao
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli
P r z y g o t o w a n i e. Użyłam wysmarowanych masłem i wysypanych mąką różnych foremek: muminka, misia, 5 małych i 1 większej choinki oraz 4 silikonowych foremek na babeczki. Foremki wstawiłam dodatkowo na blaszkę do ciastek. Piekłam w piekarniku gazowym.
Topinambur zważyć, dokładnie wyszorować i oskrobać ze skórki. Następnie zetrzeć na tarce na średnich lub małych oczkach. Odstawić na sitku do obcieknięcia. Mąki zmieszać z proszkiem do pieczenia, sodą i kakao. Chałwę zblendować z jogurtem, dodać po kolei jajka, olej, cukier i po każdym składniku zmiksować. Następnie połączyć z produktami sypkimi i zmiksować.
Na koniec wmieszać dokładnie widelcem topinambur. Piekarnik nagrzać do 180°C i piec przez 40 minut.
Uzależniające i trochę bajkowe.
S k ł a d n i k i:
400 g topinamburu oskrobanego i startego na średnich lub drobnych oczkach
150 g maki pszennej
100 g mąki graham typ 1850
150 ml oleju
130 g cukru
150 g chałwy
120 ml jogurtu z dodatkiem serka mascarpone lub jogurtu greckiego
3 jajka
1 łyżka kakao
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli
P r z y g o t o w a n i e. Użyłam wysmarowanych masłem i wysypanych mąką różnych foremek: muminka, misia, 5 małych i 1 większej choinki oraz 4 silikonowych foremek na babeczki. Foremki wstawiłam dodatkowo na blaszkę do ciastek. Piekłam w piekarniku gazowym.
Topinambur zważyć, dokładnie wyszorować i oskrobać ze skórki. Następnie zetrzeć na tarce na średnich lub małych oczkach. Odstawić na sitku do obcieknięcia. Mąki zmieszać z proszkiem do pieczenia, sodą i kakao. Chałwę zblendować z jogurtem, dodać po kolei jajka, olej, cukier i po każdym składniku zmiksować. Następnie połączyć z produktami sypkimi i zmiksować.
Na koniec wmieszać dokładnie widelcem topinambur. Piekarnik nagrzać do 180°C i piec przez 40 minut.
środa, 24 grudnia 2014
SPOKOJNYCH ŚWIĄT.
Chwilowo śnieg występuje tylko w snach, jako gruba i miękka warstwa otulająca cały świat, pozostawiając po przebudzeniu kojące wrażenie spokoju. Wszystkim Wam, którzy tu zaglądacie, dziś, jutro, a może za rok, chcę życzyć znalezienia w sobie spokoju. Uczucia, które niezależnie od tego, co się dzieje wokół pozostawia nas wewnętrznie wolnymi, ze świadomością,
że tak naprawdę jest dobrze.
że tak naprawdę jest dobrze.
Dominika
wtorek, 21 października 2014
SCHYŁEK LATA.
Morze mgły otula o świcie drzewa w parku. W promieniach słońca wygląda to bardzo bajkowo. Na ścieżkach panoszą się już opadające wilgotne liście, a nocą przez okno wpływa coraz więcej chłodnego powietrza.
W dzieciństwie ciepłe lato trwało dłużej. Dzień rozpoczynał się wcześnie i kończył bardzo późno. Wszystko toczyło się naturalnym rytmem i budzenie się o świcie nie sprawiało problemu. Wpadające do pokoju słoneczne refleksy muskające twarz rozpoczynały proces powolnego wstawania, który trwał dwie, a nawet trzy godziny. Czas wypełniony przeplatającymi się krótkimi drzemkami pełnymi abstrakcyjnych snów, marzeniami i kolejnymi kartkami książek. Dopiero uporczywy głód dawał impuls, aby tak naprawdę wstać i rozprawić się z następnymi rytuałami. Dotknąć bosymi stopami starych modrzewiowych desek, chwilę poobserwować, co się dzieje za każdym z okien, zjeść cokolwiek i wyjść.
To, co było, czekało, co się działo i czuło poza domem, było jak z innego świata, innej opowieści. Po poranku w krainie snów czekał cały dzień, a z nim nowe przygody. Wiele godzin spędzonych na buszowaniu po dworze, łapaniu słońca i odgłosów dobiegających z przegrzanych traw. Dla małego człowieka wszystko było większe, dłuższe, bardziej niezwykłe i intensywne. Jeśli nic się nie działo, zawsze można było to sobie wyobrazić, a wtedy zaczynało się dziać. Znaleziona na ścieżce prowadzącej na działkę stara ubrudzona farbą męska koszula stawała się tajemniczą zagadką wymagającą natychmiastowego rozwiązania.
Wieczory zazwyczaj spędzało się w ogrodzie. Wędrując coraz niżej słońce oświetlało rosnące w cieniu za drzewami niskie krzaki uginające się pod agrestem i różnokolorowymi porzeczkami. Ze starych krzewów został tylko jeden z lekko cierpkimi czarnymi porzeczkami. Rok temu zamknęłam je w słoikach. Czekały.
Jesień już zastąpiła lato, ale pewien niewielki zielony konik polny, niespodziewanie zerkający na mnie ze stołu w pracy, przywołał całkiem sporo letnich wspomnień. Właśnie tak smakuje mój schyłek lata. Smak, który potrafi przywołać te najcieplejsze, najdłuższe dni i jednocześnie oswoić czas który nastał. Słodko cierpki, bogaty i rozwijający się. Kwaskowy początek kończy się ciepłą słodyczą.


SERNIK Z CZARNĄ PORZECZKĄ NA SPODZIE BROWNIE
B r o w n i e:
(składniki wystarczą na 2 spody do sernika albo 1 formę z wylepionymi brzegami)
180 g gorzkiej czekolady 70%
180 g masła
220 g cukru pudru
3 jajka
100 g mąki pszennej
1 czubata łyżka karobu
1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
M a s a s e r o w a:
1kg półtłustego sera białego, trzykrotnie zmielonego
7 żółtek
5 białek
ok 200 g drobnego cukru
100 g miękkiego masła
2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
200 - 300 ml dżemu (powideł?) z czarnej porzeczki (domowy bardzo gęsty z nieprzetartymi owocami, niesłodki)
szczypta różowej soli himalajskiej
ziarna wydłubane z dwóch lasek wanilii
B r o w n i e. Użyłam wysmarowanej masłem tortownicy o średnicy 24 cm. Formę wstawiłam dodatkowo na blaszkę do ciastek, na której ustawiłam jeszcze niewielki garnuszek wypełniony do 1/3 wysokości wodą (tak aby wyparowała całkowicie przed końcem pieczenia). Nieco ponad połową brownie wylepiłam spód formy, a resztę użyłam do drugiego sernika. Piekłam w piekarniku gazowym.
Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej. Masło utrzeć mikserem z cukrem pudrem. Dodać jajka ucierając dokładnie po każdym. Następnie dodać roztopioną czekoladę oraz karob i zmiksować na gładką masę. Na koniec przesiać mąkę wraz z proszkiem do pieczenia i dokładnie zmiksować
M a s a s e r o w a. Przygotowanie z użyciem makutry. Masło z cukrem utrzeć na gładko w makutrze. Do roztartego masła dodawać dżem z czarnych porzeczek i dokładnie ucierać na gładką masę. Następnie dodawać po kolei: wanilię, jajka, ser ze szczyptą soli, mąkę ziemniaczaną, dokładnie ucierając po każdym ze składników. Masę serową wylać na brownie. Piekarnik nagrzać do 170°C i umieścić garnuszek z wodą. Piec przez 70 minut. Pozostawić w piekarniku do całkowitego wystudzenia. Następnie trzymać przez parę godzin na wierzchu, a następnie wstawić do lodówki i chłodzić przez 2-3 godziny, a najlepiej przez całą noc.


SERNIK Z CZARNĄ PORZECZKĄ NA SPODZIE BROWNIE
B r o w n i e:
(składniki wystarczą na 2 spody do sernika albo 1 formę z wylepionymi brzegami)
180 g gorzkiej czekolady 70%
180 g masła
220 g cukru pudru
3 jajka
100 g mąki pszennej
1 czubata łyżka karobu
1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
M a s a s e r o w a:
1kg półtłustego sera białego, trzykrotnie zmielonego
7 żółtek
5 białek
ok 200 g drobnego cukru
100 g miękkiego masła
2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
200 - 300 ml dżemu (powideł?) z czarnej porzeczki (domowy bardzo gęsty z nieprzetartymi owocami, niesłodki)
szczypta różowej soli himalajskiej
ziarna wydłubane z dwóch lasek wanilii
B r o w n i e. Użyłam wysmarowanej masłem tortownicy o średnicy 24 cm. Formę wstawiłam dodatkowo na blaszkę do ciastek, na której ustawiłam jeszcze niewielki garnuszek wypełniony do 1/3 wysokości wodą (tak aby wyparowała całkowicie przed końcem pieczenia). Nieco ponad połową brownie wylepiłam spód formy, a resztę użyłam do drugiego sernika. Piekłam w piekarniku gazowym.
Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej. Masło utrzeć mikserem z cukrem pudrem. Dodać jajka ucierając dokładnie po każdym. Następnie dodać roztopioną czekoladę oraz karob i zmiksować na gładką masę. Na koniec przesiać mąkę wraz z proszkiem do pieczenia i dokładnie zmiksować
M a s a s e r o w a. Przygotowanie z użyciem makutry. Masło z cukrem utrzeć na gładko w makutrze. Do roztartego masła dodawać dżem z czarnych porzeczek i dokładnie ucierać na gładką masę. Następnie dodawać po kolei: wanilię, jajka, ser ze szczyptą soli, mąkę ziemniaczaną, dokładnie ucierając po każdym ze składników. Masę serową wylać na brownie. Piekarnik nagrzać do 170°C i umieścić garnuszek z wodą. Piec przez 70 minut. Pozostawić w piekarniku do całkowitego wystudzenia. Następnie trzymać przez parę godzin na wierzchu, a następnie wstawić do lodówki i chłodzić przez 2-3 godziny, a najlepiej przez całą noc.
MARZENIA.
Niby wydają się odległą i nierzeczywistą tworzącą nasz świat materią, a jednak się spełniają. Co człowiek wtedy czuje? Nierealność. Magię. Przez chwilę ma wrażenie, że jest właściwą osobą, we właściwym miejscu. Stwierdza, że nie ma rzeczy niemożliwych i zaczyna marzyć dalej. Mała, zimna i porośnięta zielonym mchem wyspa kradnie serce na zawsze.
niedziela, 24 sierpnia 2014
MORELE.
Wracając rowerem z pracy mijam kilka warzywniaków, przy jednym zazwyczaj ulegam, zatrzymuję się i kupuję choć niewielką ilość moreli. Właśnie nadszedł czas, kiedy mogłabym je jeść bez końca. Pod każdą postacią, chociaż najchętniej same, jedna po drugiej. Pisząc te słowa też pozostawiam na talerzu kolejne pestki. Niewielkie soczyste owoce o wyrazistym smaku.
I wyjątkowo pięknym kolorze. Nawet jeśli za oknem pada deszcz na talerzu mam słońce. Mięsista konsystencja moreli potrzebowała odpowiedniej oprawy. W szafce był zapas czekolady, ostatnie jajko, trochę cukru. Nie było mleka, ale woda zawsze się znajdzie (i świetnie się sprawdziła!). Miało być czekoladowo - morelowo, lekko gliniaście. Sparzenie moreli dodatkowo sprowokowało je do puszczania pysznego soku wgłąb niewielkiej babki. Idealne na piknik, nawet deszczowy, co zostało sprawdzone w dość niezwykłych okolicznościach przyrody.
I wyjątkowo pięknym kolorze. Nawet jeśli za oknem pada deszcz na talerzu mam słońce. Mięsista konsystencja moreli potrzebowała odpowiedniej oprawy. W szafce był zapas czekolady, ostatnie jajko, trochę cukru. Nie było mleka, ale woda zawsze się znajdzie (i świetnie się sprawdziła!). Miało być czekoladowo - morelowo, lekko gliniaście. Sparzenie moreli dodatkowo sprowokowało je do puszczania pysznego soku wgłąb niewielkiej babki. Idealne na piknik, nawet deszczowy, co zostało sprawdzone w dość niezwykłych okolicznościach przyrody.
Tak się jakoś złożyło, że większość elementów wykorzystanych przy dokumentowaniu tej słodkości, to prezenty od Panny Lili buszującej w krainach pełnych przedmiotów z historią. Oraz jeszcze jeden, bardzo ważny i pełen cudownych tekstów prezent, przegapiony kiedy wyszedł ale po roku zdobyty cudem przez moją Siostrę.
CZEKOLADOWE BABECZKI Z MORELAMI
S k ł a d n i k i:
1 szklanka mąki pszennej
2/3 szklanki cukru
1/2 szklanki gorącej wody
1/3 szklanki oleju
1 rozbełtane jajko
100 gorzkiej czekolady 60-70%
2 czubate łyżki kakao
2 czubate łyżki zarodków pszennych
1/2 płaskiej łyżeczki ziela angielskiego
1/2 łyżeczki sody oczysczonej
szczypta soli
6 dojrzałych moreli (bardzo ważne żeby były słodkie i aromatyczne - wtedy najlepiej komponują się z czekoladową babką)
W y k o n a n i e. Użyłam 6 silikonowych foremek na "płaskie" babeczki o średnicy 10 cm. Piekłam w piekarniku elektrycznym (obie grzałki). Bez użycia miksera. Potrzebne będą dwa naczynia, na sypkie i na płynne składniki oraz szklanka do rozbełtania jajka.
Połamać czekoladę na mniejsze kawałki i umieścić w garnuszku razem z kakao, cukrem, solą. Całość zalać gorącą wodą i dokładnie wymieszać do rozpuszczenia się składników. Odstawić do przestudzenia. W misce umieścić mąkę, zarodki pszenne, ziele angielskie, sodę. Wymieszać. Jajko rozbełtać, połączyć z olejem i następnie wmieszać do czekoladowej masy. Następnie dodać mieszankę sypkich składników i dokładnie mieszać łyżką/widelcem. Ciasto będzie mieć lekko glutkowatą konsystencję.
Morele sparzyć, obrać i pokroić każdą na około 6 cząstek. Gotową
masę wyłożyć do foremek. Na wierzchu ułożyć cząstki moreli, a następnie można posypać cukrem. Piec 20 min w 180°C.
niedziela, 20 lipca 2014
TAM, GDZIE ROSNĄ POZIOMKI.
Opowiem Wam bajkę, a może sen, który doczekał się spełnienia. Jest w moim mieście niezwykłe miejsce, gdzie o odpowiedniej porze można nagrać kojący dźwięk natury i ciszy przerywanej jedynie odgłosem własnych kroków. Wyjątkowe. Dobrze mi znane, a jednak wciąż zaskakujące. Szczególnie bliskie.
Wyobraźcie sobie letnie popołudnie. Jedno z tych upalnych, kiedy obrazy spod ciężkich powiek plączą się z rzeczywistością, a ukojenie przynosi jedynie woda zmieszana z winem. I ten stan przerywają nagle słowa. "Posłuchaj, zgadnij gdzie to". Delikatne i zarazem chropowate odgłosy mogłyby trwać bez końca. Bije od nich spokój wymieszany z radością. Niedoskonałość nagrania wręcz wzmacnia magię miejsca, w którym powstało. Porusza. Oczy same się zamykają, a ściany pokoju przeobrażają w drzewa. Czyżby powieki znów przegrały z upałem? Nie tym razem. W trwających kilkadziesiąt sekund dźwiękach udało się zamknąć baśniowość realnego miejsca.
W głowie zaczęła kiełkować pewna myśl.
Czekałam. Minął rok, znów kwitną czarne bzy i
owocują poziomki. W końcu nadszedł odpowiedni dzień oraz godzina, spakowałam do
plecaka stare kryształy, zabrałam stół, krzesło i wyruszyłam w drogę tam, gdzie
czasem między drzewami biegają elfy, a ziemię porastają poziomki.
Kiedy jedna połowa mnie skupiona wyczekuje na właściwy
moment - druga odpływa zupełnie. Nasłuchuję szumu liści,
czuję promienie słońca skaczące po policzku. Nie ma odgłosów spacerujących ludzi, ani
życia toczącego się wokół. Nie ma, choć przecież są. Pod powłoką rzeczywistego miejsca rozgrywa się inny,
równoległy świat.
Rozstawiam wszystkie elementy i zaczynam grę z
czasem. Kiedy robię zdjęcia ten realny się zatrzymuje. Zostaje tylko czas
odmierzany zmianami zachodzącymi na kompozycji. Filtrowane przez liście światło
i poruszający nimi wiatr czarują kadry. Trwają ułamki sekund, są niemal
nieuchwytne. Trochę jak dziecięca zabawa lusterkiem w łapanie zajączków, które
wciąż się wymykają. Na szczęście to, czego nie zdążył zarejestrować
aparat zostaje utrwalone zapachem poziomek.
Oto park, który wygląda jak las i w
rzeczywistości poziomek tam nie znajdziecie. Ale kiedy przekroczyć istniejącą w nas niewidzialną granicę...
Jeśli czegoś nie widać, nie znaczy że nie istnieje.
Albo na odwrót, jak w "Powiększeniu".
Jeśli czegoś nie widać, nie znaczy że nie istnieje.
Albo na odwrót, jak w "Powiększeniu".
SERNIK Z SYROPEM Z KWIATÓW CZARNEGO BZU I POZIOMKAMI
K r u c h e c i a s t o:
180 g mąki orkiszowej
70 g masła
50 g cukru trzcinowego
1 żółtko
szczypta soli
M a s a s e r o w a:
200 g kremowego sera białego (sernikowy lub zwykły trzykrotnie mielony)
5 łyżek syropu z kwiatów czarnego bzu
1 jajko
2 garście poziomek
pół łyżeczki różowego pieprzu
opcjonalnie łyżka kwiatów czarnego bzu pozostałych po syropie
W y k o n a n i e. Użyłam 2 wysmarowanych masłem tortownic o średnicy 12 cm każda. Masę serową ucierałam mikserem. Piekłam w piekarniku gazowym.
K r u c h e c i a s t o.
Mąkę, cukier, sól wysypać na stolnicę, dodać żółtko i posiekać. Dodać pokrojone w kostkę 80
g zimnego masła, dokładnie posiekać i szybko zagnieść ciasto.
Rozwałkować i wylepić formę. Ja wylepiłam pozostawiając po bokach więcej ciasta, tak aby je zagiąć jak przy robieniu galette.
M a s a s e r o w a. Ubić mikserem jajko na puszystą masę, dodać ser, szczyptę soli oraz syrop z kwiatów czarnego bzu i miksować do połączenia się składników. Gotową masę wylać na kruchy spód. Ułożyć na wierzchu poziomki, a następnie posypać różowym pieprzem oraz kwiatami czarnego bzu pozostałymi po produkcji syropu. Na koniec założyć pozostałe po bokach ciasto, tak aby nachodziło na wierzch sernika. Piec 10 min w 180°C, a następnie zmniejszyć temperaturę do 150°C i piec 40 - 50 min.
ORZEŹWIAJĄCY NAPÓJ Z WODY I BIAŁEGO WINA
Babcia mówiła, że kiedy jest tak gorąco, że nic nie potrafi ugasić pragnienia, zmieszaj wodę z winem. Miała rację. Działa.
A kiedy dodać do niego syropu z kwiatów czarnego bzu i parę listków aromatycznych ziół, powstaje napój idealny.
Zachęcam do szukania ulubionych proporcji i dodatków.
A kiedy dodać do niego syropu z kwiatów czarnego bzu i parę listków aromatycznych ziół, powstaje napój idealny.
Zachęcam do szukania ulubionych proporcji i dodatków.
Moje wyglądają mniej więcej tak:
3/5 części wody (czasem 2/3)
2/5 części białego wytrawnego wina (czasem 1/3)
parę łyżek syropu z kwiatów czarnego bzu - do smaku i w zależności od ilości płynu
Skoro zbliża się koniec lipca, niech to będzie mały hołd, nie tylko dla opisywanego miejsca, ale i dla dwóch niezbyt lubiących się Panów, których twórczość jest mi bliska, a którym los spłatał figla i ukradł ze znanej nam rzeczywistości tego samego dnia.
F. Pessoa
poniedziałek, 30 czerwca 2014
CZERWIEC.
Czerwcowe noce pachną wspomnieniami. Pnączem porastającym nagrzaną
ścianę budynku, ogrodem pełnym piwonii, kwiatami lipy zrywanymi do starego kosza i parującą ziemią w parku. Lipowych alei we Wrocławiu jest
wiele, zacieniają chodniki i ścieżki rowerowe. W upalne dni, po deszczu ich woń
rozchodzi się po ogromnej przestrzeni przynosząc zdziwienie, bo nie
widzę, a przecież czuję. Potrafi poruszyć wyobraźnię i przywołać zapomniane chwile.
Lubię czerwiec za pełne rozmów krótkie noce, i właśnie za ten zapach, jakby z pogranicza - już nie tak świeży jak wiosną, ale jeszcze nie tak gęsty, jak ten pojawiający się w powietrzu latem. Będący jakby obietnicą tego, co zaraz nastąpi. Przygód, zmian? A może po prostu wyjątkowo ciepłego lata.
Te czekoladki rozpoczęły miesiąc, który za chwilę się skończy. Spontanicznie, z potrzeby czegoś czekoladowego, co nie jest tabliczką szlachetnej gorzkiej. Wzbogaconego ulubionymi składnikami w niezawodnym połączeniu.
Lubię czerwiec za pełne rozmów krótkie noce, i właśnie za ten zapach, jakby z pogranicza - już nie tak świeży jak wiosną, ale jeszcze nie tak gęsty, jak ten pojawiający się w powietrzu latem. Będący jakby obietnicą tego, co zaraz nastąpi. Przygód, zmian? A może po prostu wyjątkowo ciepłego lata.
Te czekoladki rozpoczęły miesiąc, który za chwilę się skończy. Spontanicznie, z potrzeby czegoś czekoladowego, co nie jest tabliczką szlachetnej gorzkiej. Wzbogaconego ulubionymi składnikami w niezawodnym połączeniu.
CZEKOLADKI Z MASŁEM ORZECHOWYM I SOLONYM KARMELEM.
S k ł a d n i k i:
tabliczka dobrej gorzkiej czekolady (100g)
parę łyżek masła orzechowego
kilka podsuszonych biszkopcików
orzeszki arachidowe (dałam oblane czekoladą)
5 - 6 czubatych łyżeczek cukru trzcinowego
1 czubata łyżeczka masła
szczypta soli
śmietanka 30%
suszone maliny do posypania po wierzchu
K o r p u s y c z e k o l a d o w e. Potrzebna będzie silikonowa foremka do czekoladek/kostek lodu. Tabliczkę czekolady należy roztopić w kąpieli wodnej i wypełnić nią wnętrza silikonowej foremki (dno i ścianki). Obracać foremkę dookoła, tak aby czekolada oblewała ścianki i zastygała na nich równomiernie. Kiedy czekolada zastygnie wstawić do lodówki, do całkowitego schłodzenia i zastygnięcia.
K a r m e l. Cukier stopić wraz z masłem stopić w rondlu o grubym dnie, cały czas mieszając do uzyskania złotego koloru.
Następnie należy wlać trochę śmietanki jednocześnie cały
czas mieszając. Śmietanki dodajemy w zależności jaką konsystencję chcemy uzyskać, powinno wystarczyć ok 50 - 70 ml. Na koniec dodać szczyptę soli i mieszać do całkowitego rozpuszczenia. Odstawić na bok do wystudzenia.
C z e k o l a d k i. Najpierw napełnić dno korpusu masłem orzechowym, następnie wcisnąć po orzeszku arachidowym, przysypać startymi biszkoptami i zalać karmelem. Podgrzać w kąpieli wodnej rozpuszczoną wcześniej czekoladę. Tak przygotowane wnętrza czekoladek należy "zamknąć" wylewając na wierzch resztę stopionej w kąpieli wodnej czekolady.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























